"Nikt w rodzinie nie wie, że mój syn jest w psychiatryku" - list od czytelniczki

"W naszym domu nigdy nie rozmawiało się o uczuciach, w szczególności tych negatywnych, a największym tabu były choroby psychiczne".
"Nikt w rodzinie nie wie, że mój syn jest w psychiatryku" - list od czytelniczki
fot. istock.com
01.01.2022

Chociaż wychowałam się w kochającej rodzinie i byłam oczkiem w głowie moich rodziców, w naszym domu nigdy nie rozmawiało się o uczuciach, w szczególności tych negatywnych, a największym tabu były choroby psychiczne. Jedyny moment, gdy stykałam się z tym określeniem pojawiał się zazwyczaj w kontekście "tej walniętej sąsiadki z parteru" albo "tego dalekiego wujka od strony matki, z którym było coś nie tak i umarł młodo", gdzie "umarł młodo" oznaczało "popełnił samobójstwo", ale takiego określenia w naszym domu i rodzinie się nie używało, bo co ludzie powiedzą. Mój ojciec zawsze był raczej oziębły i stanowczy, okazywał miłość przez kupowanie prezentów lub naprawianie usterek w domu. Ciężko było usłyszeć od niego komplement czy pochwałę, nie mówiąc o słowach wsparcia. Z kolei mama bardzo martwiła się o opinię innych ludzi, niezależnie czy chodziło o babcię, ciotkę, sąsiadkę czy panią ze spożywczaka. Priorytetem było dla niej to, by nie dawać innym powodów do plotek.

Czytaj więcej: Mąż nie akceptuje mojego ciała po ciąży - list czytelniczki

Nikt w rodzinie nie wie, że mój syn jest w psychiatryku - list od czytelniczki

Już jako dorosła kobieta poznałam cudownego mężczyznę, który został moim mężem i po wielu próbach oraz staraniach udało mi się zajść w ciążę. Owocem naszej miłości jest nasz syn, obecnie 15-letni Kacper. Od wczesnego dzieciństwa pamiętam, że nasze dziecko było bardzo ciche, często pogrążone w melancholii lub zadumie. Nie był rozwrzeszczanym, wesołym brzdącem dokazującym z innymi dziećmi.

Pierwsze problemy pojawiły się w podstawówce - Kacper jeszcze bardziej zamknął się w sobie, niewiele mówił. Dziadkom mówiliśmy, że jest nieśmiały albo miał gorszy dzień w szkole. W wieku 14 lat moje ukochane dziecko, o które tak bardzo staraliśmy się z mężem i pielęgnowaliśmy od małego, miało pierwszą próbę samobójczą. Po wizycie w szpitalu pojawiły się kolejne wizyty u psychiatry, psychologa, terapeuty. Kacper dostał diagnozę: depresja, fobia społeczna i nerwica. Poczułam jak świat wali mi się pod nogami. Depresja? Przecież on ma dopiero 14 lat! W głowie od razu pojawiło mi się zdanie często wypowiadane przez mojego ojca: "Depresja? Co za wymysł! Za dobrze mają w życiu i wymyślają. Depresję to my mogliśmy mieć, gdy na półkach stał tylko ocet, a jakoś daliśmy sobie radę i nikt depresji nie miał". Nie mogłam pogodzić się z diagnozą. Zastanawiałam się co zrobiłam źle i czy zaniedbałam moje dziecko. Postanowiliśmy z mężem, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by pomóc synowi stanąć na nogi. Nie było łatwo, ponieważ leki i terapia nic nie dawały, a znajomi Kacpra donieśli mi, że syn zaczyna planować kolejną próbę samobójczą. Tego było za wiele! Po długich poszukiwaniach, znaleźliśmy z mężem prywatny szpital psychiatryczny z dobrą opieką i wykwalifikowaną kadrą. Któregoś wieczoru odbyliśmy poważną rozmowę z naszym synem. Nie opierał się. Zamiast tego, ze łzami w oczach powiedział, że nie chce się zabić, ale nie potrafi żyć i funkcjonować jak wszyscy dookoła. Zgodził się na swój pobyt w ośrodku. Odniosłam nawet wrażenie, że przyjął tę propozycję z ulgą.

Kacper od roku przebywa w szpitalu psychiatrycznym, w którym uczy się i mieszka. Płacimy za jego pobyt niemałe pieniądze i odwiedzamy go tak często jak to możliwe. Ma lepsze i gorsze dni, ale jest zdecydowanie bardziej spokojny i jakby odrobinę bardziej poukładany. Nie żałuję tego wyboru, chociaż czuję, że zawiodłam jako matka, bo nie byłam w stanie pomóc mu sama.

Problemem są jednak moi rodzice - nikt w rodzinie nie wie, że mój syn jest w psychiatryku. Mojej matce i ojcu powiedzieliśmy, że Kacper wyjechał do innego miasta i mieszka u siostry męża, ponieważ było tam lepsze profilowane liceum, po którym ma szanse na wymarzone studia. Oczywiście informacja, że nasz syn jest takim talentem i czeka go świetlana przyszłość, bo już od najmłodszych lat pobiera najlepszą możliwą edukację w innym mieście przyjęła się tysiąc razy lepiej, niż gdybyśmy mieli powiedzieć im prawdę. Oni nigdy by nie zrozumieli. Jakiś czas temu będąc u nich na obiedzie, matka z wypiekami na twarzy opowiadała mi, że jakaś daleka kuzynka ma zdiagnozowaną schizofrenię i dodała, że "prawdopodobnie wyślą ją do czubków". Oczywiście od razu kazała mi "nikomu nie mówić", bo przecież to daleka rodzina, więc wstyd. Nie chcę nawet myśleć co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że ich ukochany wnuczek również przebywa "u czubków". A jednocześnie czuję jak to kłamstwo ciąży mi coraz bardziej i coraz trudniej wymyślać przekonujące wymówki na kolejne nieobecności Kacpra na spotkaniach rodzinnych. Boję się, że kłamstwo wyjdzie na jaw i boję się reakcji moich rodziców. A najbardziej na świecie boję się tego, że ich reakcja zniszczyłaby kruchą psychikę mojego syna i zrobiła z niego odmieńca, wyrzutka. Nie chcę, by musiał przez to przechodzić, ale przecież nie zerwę kontaktów z rodziną. Co powinnam zrobić?

Polecane wideo

Komentarze
Ocena: 5 / 5
Polecane dla Ciebie