Diagnozowanie ADHD i autyzmu jest poza kontrolą. Szkodliwa moda wylewa się z sieci
Jeszcze pięć lat temu raczej nikt nie wziąłby na poważnie influencerki, która za pośrednictwem mediów społecznościowych diagnozuje setki tysięcy swoich obserwatorów, choć nie ma do tego kwalifikacji. Dziś ludzie udostępniają te posty i tworzą bardzo szkodliwą modę.
W rozmowie z Wprost dr Suzanne O’Sullivan przyznaje, że już w 2020 roku kwestia diagnozowania się za pośrednictwem mediów społecznościowych pojawiła się jako realny problem. "
Osobą, która wymyśliła termin „long COVID”, była Elisa Perego – archeolożka, nie lekarka ani naukowczyni medyczna. Stworzyła ten termin w marcu 2020 r. jako hasztag na Twitterze. Czuła się pomijana przez lekarzy – mówiono jej, że wszystko jest w porządku, że testy nic nie pokazują. A ona nadal miała objawy: zmęczenie, duszności, bóle. Zaczęła szukać innych ludzi z podobnymi doświadczeniami - zaczyna neurolożka.
Lekarka podkreśla, że coraz częściej obserwuje się zjawisko, że ludzie, którzy nie zostali zdiagnozowani przez specjalistów, dokonują autodiagnozy, żeby nazwać swoje dolegliwości, które faktycznie im dokuczają, ale medycy rozkładają ręce i nie są w stanie wskazać ich przyczyn. Z jednej strony mówimy o wołaniu o pomoc, z drugiej - o bardzo niebezpiecznym trendzie. Część osób diagnozuje u siebie zaburzenia, czy choroby, których nie mają, zaczynają się leczyć na własną rękę, mimo braku wskazań medycznych. Z drugiej strony społeczeństwo zaczyna bagatelizować tych, którzy faktycznie potrzebują pomocy.
Ilość treści w mediach społecznościowych, które zwykle generują osoby bez wykształcenia medycznego, a dotyczą zagadnień zdrowotnych, przeraża. Samozwańczy eksperci wypisują na kolorowych kafelkach objawy autyzmu, ADHD, nerwicy, a te posty zaczynają żyć własnym życiem. Dziś już mało kto mówi - jestem przemęczony, potrzebuję urlopu. Ludzie, bez kontaktu z lekarzem diagnozują u siebie zaburzenia ze spektrum autyzmu czy inne neurorozwojowe, nerwice, stany lękowe i nagle mamy wzrost wszelkich zaburzeń.
Dr Suzanne O’Sullivan zaznacza, że wcale nie chodzi jej o to, aby bagatelizować problemy, czy zostawiać bez pomocy młodzież z trudnościami, a jedynie zostawić diagnozowanie medykom, a tym, którzy cierpią z innych powodów dać dostęp do właściwej pomocy. Lekarka zwraca uwagę, że maszyna diagnostyczna rozpędziła się bardzo w latach 90. ub. wieku. Psychiatrzy w obawie, że pomijają zbyt dużą grupę dzieci z problemami, zaczęli poszerzać zakres diagnostyki spektrum czy ADHD, tak, aby nikt nie został bez pomocy. W konsekwencji każdy kolejny podręcznik do psychiatrii brał pod uwagę coraz szerszy zakres zachowań pozwalających na postawienie diagnozy.
"Teraz w obrębie spektrum mieści się również wiele cech, które nie są chorobą, lecz po prostu różnicą – sposobem bycia, reagowania, myślenia. Doszło do sytuacji, w której to, co miało być pomocą, zaczęło działać odwrotnie".
Ilość diagnoz zaburzeń ogólnorozwojowych w ostatnich latach rośnie lawinowo. Ciężko będzie odwrócić ten trend, a znalezienie złotego środka może być wręcz niemożliwe.
"Chcieliśmy pomóc dzieciom, które wcześniej były karane, zawstydzane, nierozumiane. Ale w pewnym momencie diagnoza zaczęła pełnić funkcję biletu wstępu do systemu. Bez niej nie można dostać wsparcia w szkole, pomocy psychologa, dodatkowych zajęć. Więc rodzice, chcąc pomóc, zaczęli aktywnie zabiegać o diagnozę. To nie znaczy, że coś z nimi jest nie tak – to znaczy, że system został tak zaprojektowany, że wymaga etykiety, by dać dziecku wsparcie. W efekcie ADHD przestało być czysto medycznym rozpoznaniem – stało się społecznym zjawiskiem, a czasem wręcz tożsamością" - mówi O'Sullivan.
Jednak problem jest szerszy, niż mogłoby się wydawać. Bo poza dziećmi, które otrzymują diagnozę, choć wystarczyłaby odrobina empatii i łatwiejszy dostęp do wsparcia bez diagnozy w placówce oświatowej, w kolejce do Poradni Pedagogiczno - Prychologicznej czy psychiatry dziecięcego czekają dzieci, które potrzebują tej pomocy naprawdę. A kolejki są długie. Do PPP minimum 6 miesięcy, do dobrego psychiatry dziecięcego na NFZ nawet rok. Specjalistów brakuje, a zaburzeń przybywa. Nikt nie kolejkuje tych dzieci wg faktycznych potrzeb, bo poza poradniami nie ma komu określić ich realnych potrzeb.
Nauczyciele nie posiadają kompetencji, a zespół wielospecjalistyczny w szkole zwykle jest za mały, aby realnie przyjrzeć się potrzebom uczniów. Kolejny problem stanowi finansowanie zajęć w placówkach. Dziecko z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego, czyli de facto z diagnozą zaburzeń otrzyma pomoc, dziecko z opinią także, ale uczeń z problemami niezdiagnozowanymi - już nie, więc trzeba się zgłosić do poradni i wydłużyć kolejkę.