Jej córka była ofiarą bullyingu. Psycholożka mówi: "Dziewczynki są bardziej okrutne i wyrafinowane w swojej przemocy".
Sonia zna temat aż za dobrze, bo nie tylko robi doktorat z tego zagadnienia, ale też jest mamą 11-letniej córki, która padła ofiarą przemocy ze strony rówieśniczek.
Bullying to celowa, powtarzająca się przemoc (fizyczna, werbalna, psychiczna lub cyberprzemoc) stosowana przez jedną osobę lub grupę wobec innej, która nie jest w stanie się obronić. Przemoc rówieśnicza, dotykająca głównie dzieci i młodzież, może mieć poważne konsekwencje psychiczne, takie jak lęk, depresja, obniżone poczucie własnej wartości czy nawet myśli samobójcze.
- Często, kiedy mamy do czynienia z bullynigiem, szkoły bagatelizują ten problem. Słyszymy "to tylko dzieci, dogadają się - mówi psycholożka. I ciężko jej odmówić racji, dawniej, kiedy pojawiał się konflikt między dziećmi, dorośli wycofywali się, bo nastolatki dziś się pokłóciły, a następnego dnia, po oczyszczeniu atmosfery, znów były przyjaciółkami.
Tylko takiej rzeczywistości już nie ma. Współczesna młodzież żyje w dwóch światach: realnym i cyfrowym. Tak postrzegamy to my, dorośli, bo dla pokolenia Z ten świat jest jeden i bywa naprawdę okrutny. Prawda jest taka, że ani szkoła, ani rodzice nie nadążają za tym, co dzieje się w relacjach młodych ludzi, bo widzimy, że w sferze fizycznej nie ma problemu, najwyżej Lena jest trochę z boku grupy, to się zdarza. Ale nie wiemy, że każde spojrzenie koleżanek Lenę boli, bo wie, że właśnie piszą o niej w sieci. A tam też jest jej życie.
Tak to się zaczyna. Grupa na Messeger, WhatsApp, albo Discord. "Ona jest trochę dziwna, nikt z nią nie chce gadać, bo donosi" - tłumaczą rodzicom nastolatki, które ktoś przyłapie na takim czacie. I to w sumie nie brzmi niepokojąco, bo przecież nie wszystkich trzeba lubić jednakowo. Ale nastolatki nie mówią, że to jest grupa, która mogłaby się równie dobrze nazywać "Vb grilluje Lenę". Obraźliwe komentarze, wyśmiewanie wyglądu, zachowań, tego, że Lenę do szkoły podwożą rodzice.
- To jest przemoc. Psychiczna, wyrachowana i cicha, ale bardzo bolesna i przynosząca ogromne konsekwencje. Dzieciaki, szczególnie dziewczynki będące jej ofiarą płacą za nią zaburzeniami psychicznymi, depresją. To właśnie tu musimy działać, jeśli chcemy zapobiegać fali samobójstw u dzieci - mówi Sonia Zięba.
Psycholożka zaznacza, że rok do roku mamy wzrost liczby prób samobójczych wśród młodzieży o 15 proc. - Znaczna część takich informacji nigdy nie wychodzi na światło dzienne, bo szkoły zamiatają pod dywan problemy wychowawcze, prześladowania, przemoc rówieśniczą i nie chcą mówić o tym, że ich uczeń targnął się z tego powodu na życie. Rzeczywistość jest bardzo brutalna.
Dziewczynki są łagodniejsze, bardziej empatyczne, przyjacielskie - szkoda, że to tylko stereotyp. Zdaniem psycholożki to właśnie one są bardziej brutalne, niekoniecznie fizycznie. Doskonale wyczuwają emocje, co pomaga im dopuszczać się bardziej wyrafinowanych form przemocy.
- Zaczyna się od wykluczenia, już 10-latki potrafią powiedzieć "nie baw się z Zosią, ona nie ma fajnych ubrań". Potem pojawia się szykanowanie, wyśmiewanie, tworzenie treści AI z ofiarą w roli głównej, a to zaczyna żyć własnym życiem. Obiekt szykan cierpi, zamyka się w sobie i często boi się poprosić o pomoc, bo kolejna łatka, tym razem skarżypyty to może być już za wiele - dodaje specjalistka.
W teorii istnieją procedury, są narzędzia, którymi nauczyciele powinni się posługiwać w takich sytuacjach, ale nawet jeśli dostrzegą problem, postępują niewystarczająco skutecznie. - Robi się czasem spotkanie z psychologiem szkolnym, czy pedagogiem specjalnym, jednak sadzanie obok siebie ofiary i oprawcy przynosi mizerny rezultat, albo wręcz szkodzi. Bywa, ze szkoły proponują, aby dziecko, które padło ofiarą zmieniło klasę, czy szkołę, a to jest podwójne karanie ofiary. To przemocowcy powinni ponosić konsekwencje - mówi Ziemba.
Wśród dostępnych narzędzi wymienia te najbardziej oczywiste, ale bardzo rzadko w szkołach stosowane, jak obniżenie oceny z zachowania do nagannej. - Szkoły bronią się, że dziecko ma dobre oceny, a naganne zachowanie mogłoby przynieść mu konsekwencje w przyszłości, jak choćby problem z dostaniem się do wymarzonego liceum. Ale może to byłaby przestroga dla kolejnych, może właśnie takie zdecydowane działania mogłyby zatrzymać eskalację problemu z przyszłości - słyszymy.
Jeśli dziecko przychodzi z problemem, bo mierzy się z hejtem w szkole, czy w innej grupie rówieśniczej, rodzic często pozostaje bezradny. Bo jeśli pójdzie do szkoły - dziecko wyjdzie na skarżypytę, jeśli interweniuje u rodziców oprawcy, ci zwykle nie dostrzegają problemu. Szkoła zrobi lekcję z pedagogiem, opowie o znanych z książek metodach rozwiązywania konfliktów i w najlepszym razie - nie zaogni sytuacji.
- My, jako rodzice dziś nie znamy świata, w którym żyją nasze dzieci, nie rozumiemy go. Potrzebujemy przede wszystkim świadomości, że to, co się dzieje w sieci, nie jest oddzielnym bytem, ale taką samą rzeczywistością, jak ta, której możemy dotknąć. Dlatego konieczne są zmiany systemowe. Szkolenia rodziców, nauczycieli i wyciąganie realnych konsekwencji za hejt - dokładnie takich, jak te, które są narzędziami, gdy mowa o przemocy fizycznej - dodaje ekspertka.
Psycholożka Sonia Ziemba-Domańska mówi wprost - nie każde dziecko przyjdzie z problemem do rodzica. Nie tylko dlatego, że boi się braku zrozumienia. - Żyjemy w świecie, w którym się pędzi, ciągle zapracowani, zmęczeni, dzieci często podświadomie nie chcą nam dokładać problemów, a czasem po prostu się wstydzą - przyznaje ze smutkiem, wskazując, że to wynika ze stanu psychicznego, w jakim znajduje się ofiara bullyingu.
Na pytanie, po czym poznać, że dziecko może doświadczać przemocy, odpowiada jednym tchem
- Zmienia się jego zachowanie, częściej spędza czas samo, zaczyna unikać niektórych zajęć, które dotąd sprawiały mu przyjemność, gorzej śpi, albo przesypia większość wolnego czasu, zmienia się jego apetyt, aktywność, zauważalne są często spadki nastroju, ale takich sygnałów może być znacznie więcej.
Najważniejsze, to mieć oczy szeroko otwarte i stać murem za dzieckiem, nie bagatelizować, kiedy zgłasza wykluczenie, konflikty, wraca smutne ze szkoły. - Potrzeba zmian systemowych, ale też edukacji rodziców, nauczycieli i pracy od podstaw. Nikt nie może być obojętny na przemoc niezależnie od tego, czy jest jej ofiarą, czy świadkiem. Trudno się wyłamać w pojedynkę, dlatego musimy uczulać dzieci, że jeśli widzą niepokojące sygnały w swoim otoczeniu - muszą sygnalizować. Mamy przepisy chroniące sygnalistów dla dorosłych, czas wprowadzić analogiczne dla dzieci - podsumowuje.